

Na stałe towarzyszą mi dwa psy: Amiga (zwana najczęściej po prostu "Ami") - suczka w typie owczarka szkockiego collie oraz Tino (Oodnadatta TRUE DEAL) - pies rasy border collie. Zarówno Ami jak i Tino są typowymi kanapowcami w domu, a pracoholikami na zewnątrz. Ulubione ich zajęcia to zabawa frisbee i aportowanie (jeszcze lepiej: obgryzanie) patyków. Podróżują ze mną "zawsze i wszędzie", z nielicznymi wyjątkami, np. gdy wychodzę do pracy. To wspaniali podróżnicy, o wzorowej socjalizacji, nie mający żadnych problemów z jazdą i akceptacją nieznanych miejsc - dzięki temu każdy wyjazd to przyjemność. Razem odwiedzamy wystawy psów i zawody sportowe (głównie DCDC - Dog Chow Disc Cup - zawody dogfrisbee rozgrywane co roku w kilku etapach, w różnych miastach Polski).
W moim otoczeniu zawsze były psy. Najdalej jak potrafię sięgnąć pamięcią, przypomina mi się Kora - foksterier u dziadków, gdzie najczęściej przebywałem jako kilkuletnie dziecko i Ubek - czarny pies mieszkający u drugiej babci, nazwany "na cześć" wiadomych służb w PRL ;). Była u nas też przygarnięta kundelka Miśka... Kolejnym psem u babci była Tekla (na zdjęciu). Miała być dla niej prezentem, a w rezultacie stała się moim najukochańszym kundelkiem. Po odejściu babci Tekla przeprowadziła się do rodziców, a ja powoli zaczynałem myśleć o realizacji odwiecznego marzenia: posiadania owczarka szkockiego.
O kynologii nie wiedziałem wówczas zupełnie nic, toteż, nie rozróżniając hodowli od tzw. "pseudohodowli", psa konkretnej rasy szukałem w niewłaściwy sposób - przez niezweryfikowane ogłoszenia. Jednak nie zostało to zrealizowane tą drogą. We wrześniu 2006 roku odbywała się wystawa psów w Łodzi. Odwiedziłem tę wystawę, spotkałem nawet hodowców, lecz moją uwagę przyciągnął kojec, stojący poza terenem wystawy, w którym wśród innych szczeniaków siedziała jedyna suczka w typie collie o wyjątkowo smutnym spojrzeniu. Wchodząc na teren pomyślałem, że jeśli będę wychodził, a ona jeszcze tam będzie, kupię ją. Podczas wystawy nie bardzo mogłem się skupić, bo ciągle w pamięci miałem to, że jednak już jej tam może nie być. A jednak - była gdy wychodziłem! Nie zastanawiając się już, sięgnąłem po pieniądze. Pani, unikając odpowiedzi na bardziej szczegółowe pytania, w pośpiechu podała błędnie wypełnioną książeczkę zdrowia... Cóż... Tak właśnie stałem się właścicielem AMI, która stała się początkiem mojej wielkiej pasji kynologicznej!
Jej imię nie jest przypadkowe, przeciwnie - jest ono wręcz oczywiste. Po pierwsze jako miłośnik systemu operacyjnego AmigaOS i samego komputera Amiga, nie mogłem wymyśleć innego imienia dla mojego szczeniaka; po drugie "amiga" to przecież "przyjaciółka", a moja Amisia spełnia to zadanie wiernie od samego początku; po trzecie wreszcie, nazwałem ją tak na cześć innego collie, który był niegdyś w dalszej rodzinie... podobno żył jeszcze gdy się urodziłem. Bardzo żałuję, że tego nie pamiętam. On to właśnie miał na imię "Ami" i ponoć był przepięknym przykładem prawdziwego collie, wiernego przyjaciela, owczarka jeszcze w "klasycznym" stylu. Stąd właśnie imię "Amiga".
Niedługo potem zarejestrowałem się na Forum Owczarka Szkockiego Collie. Dopiero tam szybko zacząłem chłonąć wiedzę kynologiczną. Dzięki przyjaznym ludziom tam piszącym, chętnym do dzielenia się wiedzą "wariatom" na punkcie tej rasy, zacząłem rozumieć czym jest prawdziwa hodowla i czemu mojej Ami nie mogę nazwać psem rasowym. W żadnym stopniu nie zmieniło to mojego podejścia do niej, ale dało bardzo wartościową wiedzę na temat tego, jak dla dobra psów nie popełniać błędów, o których nie każdy wie, dlaczego nie należy popierać "hodowli" niezarejestrowanych w Związku Kynologicznym, czyli działalności, której celem jest "produkcja" szczeniąt bez żadnej wiedzy z zakresu genetyki, co naraża psy na niepotrzebne cierpienia i działa na niekorzyść rasy.
Wpadając w towarzystwo "psiarzy", nie można poprzestać na biernym "posiadaniu" psa. Zwykły spacer z psem przestaje wystarczać - zaczyna szukać się coraz to ciekawszych zajęć z jego udziałem. Najpierw postanowiłem, że moja Ami będzie dobrze socjalizowanym psem, z którym będę mógł wszędzie pójść bez obawy, że się wystraszy, że będzie uciekać czy wręcz agresją reagować na rzekome zagrożenia. Wychodziliśmy często w "dziwne" miejsca, Ami poznała ulicę, dworzec kolejowy, przystanki, miejsca zabaw dzieci, rynek, gdzie zwykle jest pełno ludzi, parki i trawniki, gdzie można było spotkać wiele psów... Od małego poznawała jak najwięcej różnorakich sytuacji i miejsc. Na owoce nie trzeba było długo czekać. Amigę można zabrać wszędzie, czuje się dobrze w każdym miejscu pod warunkiem, że jestem razem z nią ;).
Później przyszedł czas na szkolenia - podstawowe komendy, posłuszeństwo... Nie byliśmy zbyt pilnymi uczniami ;) ale podstawy zostały zaszczepione. Dziś bez problemu Ami pilnuje się na spacerach bez smyczy, właściwie każdego, kto z nią wychodzi. Bardziej niż posłuszeństwo zaczęły nas interesować aktywności dające "widowiskowe" efekty. Przyszedł czas na psie sporty. Zaczynaliśmy agility - tutaj Ami nie czuła zbyt wielkiej radości gdy musiała pokonywać tor w odpowiedniej kolejności ;) - wolała to robić po swojemu. Nie zależało nam na żadnych sukcesach ani profesjonalnym trenowaniu, dlatego nie było tu żadnych nacisków. Po pewnym czasie jednak odkryliśmy dyscyplinę bardzo widowiskową i jednocześnie dającą psu nieopisaną radość - FRISBEE - a ściślej - dogfrisbee. Sport ten wówczas zupełnie nowy w Polsce, w USA istniał już od lat 70.. Tu się zaczęło. Co prawda frisbee także nigdy nie ćwiczyliśmy "profesjonalnie", ale stało się to tak bardzo uwielbianym zajęciem Ami, tak bardzo to polubiła, że od tamtej pory zabawa ta jest elementem codziennych spacerów. Frisbee pozwala cieszyć się psu gonitwą, polowaniem i łapaniem w akrobatyczny sposób talerza, dla mnie zaś jest radością rzucanie "deklem" i patrzenie na radość mojego psa.
Przez cały czas były wyjazdy na wystawy psów i zawody DCDC, które dzięki przede wszystkim Darkowi Radomskiemu mogły zaistnieć w Polsce. Przyglądanie się wyczynom psich sportowców sprawiło, że zaczęła mnie bardzo interesować dominująca w tej dziedzinie rasa - border collie. Psy te spodobały mi się bardzo szybko, a sympatia do nich wzrastała wraz z poznawaniem ich fascynujących osobowości, charakterów oraz inteligencji. Doszło zainteresowanie pasterstwem, w którym biorą udział "bordery" oraz wszelkimi innymi działalnościami, w których się realizują.
Przy okazji pierwszej na jakiej byłem edycji DCDC poznałem wielu ludzi uprawiających ten sport, między innymi Ewę Łukasik - prowadzącą hodowlę border collie - Never Never Land. Z tej właśnie hodowli pochodzi Zebra - suczka o umaszczeniu blue-merle. Urodziła się w styczniu 2008 roku, trafiła do nas dwa miesiące później. Zebra obecnie nie mieszka ze mną, natomiast mam pod opieką jej dziadka - bordera o imieniu Tino (Oodnadatta TRUE DEAL), który trafił do mnie również z tej hodowli. Jest to pies o tak wspaniałym charakterze, jaki trudno sobie wyobrazić; stał się wiernym towarzyszem moim i Ami, zaznaje wygód, jakich mógłby pozazdrościć niejeden interchampion ;).
W międzyczasie, w porozumieniu z fundacją Dr Lucy udzielałem tymczasowego schronienia collie szukającym nowych domów, służyłem transportem... Ciągle zaangażowany jestem w pewnym stopniu w pomoc psom, których los jest daleki od słusznego i oczekiwanego.
A co jeszcze będzie się działo? Czas pokaże... Interesują mnie collie z linii tzw. klasycznych oraz inne psy z grupy pasterskich i zaganiających. Może kiedyś się uda...







